Grzyby-Start
Znów na szczycie, czyli Tarnica zimą
niedziela, 08 marzec 2009

Foto galeria

 Są miejsca do których każdy z nas chętnie wraca. Dla jednego to będzie jakieś miasto tętniące życiem, dla drugiego spokojna, sielska wieś.

Ja mam swoje ukochane góry, a wśród nich Bieszczady i ich najwyższy szczyt Tarnicę.
Zaufałam netowi, gdzie znalazłam numer telefonu pensjonatu w Wołosatem, zadzwoniłam do właścicieli i zarezerwowałam noclegi.
Jadąc w Bieszczady, cały czas zastanawiałam się jakie zrobią na mnie wrażenie zimą i czy uda mi się wdrapać na ich najwyższy szczyt.
Po kilku godzinach drogi, krajobraz zmienił się diametralnie. Wokoło leżała niewyobrażalna ilość białego śniegu, a ogromne, szare i kłębiaste chmury zasłaniały nawet najniższe szczyty.
Kurczę, nie jest dobrze - pomyślałam i w tym momencie ujrzałam na gałęzi znajomy kształt, sowę. Na szczęśnie nie wdusiłam natychmiast nogą hamulca w podłogę, bo miałabym jadący za mną samochód na tylnym siedzeniu.
Nawierzchnia drogi z każdym obrotem kół robiła się mało ciekawa, pozwoliłam sobie na maksymalną prędkość 60 km/h.
Jeszcze przed wjazdem na serpentyny, kątem oka zauważyłam rudą plamę na śniegu, tego już nie mogłam sobie darować. Zatrzymałam samochód i najszybciej  jak było to możliwe wyciągnęłam aparat z plecaka, a potem biegiem w kierunku zauważonego lisa. Witalis jakoś niespecjalnie przejął się moją sesją fotograficzną, choć cały czas utrzymywał stały i bezpieczny dystans. Robiąc zdjęcia usłyszałam nadjeżdżający samochód i biegiem ruszyłam w kierunku auta, bo w tym ferworze zapomniałam zamknąć drzwi. Przejeżdżający pan z uśmiechem pogroził mi palcem. 

Do Wołosatego dotarłam około 13-tej.
Po rozlokowaniu się w pokoju i miłej pogawędce z właścicielami, ruszyłam w plener posłuchać jak śnieg skrzypi pod butami.
Schodzącą ze szlaku „parę” przepytałam na okoliczność warunków panujących na Tarnicy i już żałowałam zapomnianych kijków pozostawionych w Krakowie.

 Obudziłam się po piątej i od razu wyglądnęłam przez okno, nic nie było widać. Chmury kłębiły się nisko, a z nieba sypała się jakaś kaszkaFrown 
Prysznic, śniadanie, kawa, chwila z książką, a za oknami nic się przez ten czas nie zmieniło.
No nie - pomyślałam - przecież nie po to przejechałam tyle kilometrów, aby siedzieć w pokoju. Trzeba startować na Tarnicę mimo kiepskich warunków, w razie gdyby zrobiło się niebezpiecznie to zawrócę, bo mądry – wycofa, to nie ujma jak mówią ci, co chodzą po górach.

Szybko pokonałam odcinek trasy prowadzący przez łąki, a wchodząc w las zabrałam bukowy kijek, który pozostawiła jakaś życzliwa duszyczka.
Odcinek leśny pokonywałam dość szybko wesoło pogwizdując pod nosem do momentu, aż zobaczyłam … bajkowy świat śnieżnej bieszczadzkiej krainy. To był niesamowity widok, bezwiednie ugięły się pode mną kolana i głośno  podziękowałam Komuś w Kogo wierzę, że mogłam zobaczyć to na własne oczy i   wtedy niebo spojrzało na mnie łaskawszym wzrokiem, zza chmur wyjrzało słońce, przepełniła mnie ogromna radość i po raz pierwszy od długiego czasu poczułam się szczęśliwa Laughing
 
 Kiedy wyszłam na połoninę miałam wrażenie, że mogę latać z zachwytu ( a może z powodu silnego wiatru ;) ) , co kilka sekund zmieniała się panorama gór przysłanianych lub odsłanianych przez chmury jak scena w teatrze Laughing
 
 
I tak z otwartą z zachwytu buzią dotarłam do przełęczy. Tutaj już musiałam             zacisnąć usta, bo porywisty wiatr usunąłby mi chyba migdałki Cool
Ostatnie metry wejścia na szczyt były mało ciekawe, musiałam mocno wbijać buty w śnieg, żeby nie zjechać w dół ( jeszcze raz dzięki Ci Dobry Człowieku, za pozostawiony kijek ), wiatr cały czas sypał zlodowaciałym śniegiem prosto w twarz, szłam na wyczucie.
Już na samym szczycie, na chwilę pozwoliłam sobie przyjąć pionową pozycję, aby nacieszyć oczy widokiem zimowych Bieszczad i zrobić kilka zdjęć. Zaraz potem zaczęłam schodzić w dół z obawy, że mnie zdmuchnie w dół. Nie tuptałam po własnych śladach, bo już takowych nie było, tylko znów na wyczucie.

Wieczorem siedząc już w cieplutkim pokoju z przyjemnością czytałam pełną humoru książkę Jerzego Janickiego „Opowieści bieszczadzkie”: o siódmym parku leśnym, o nieludzkim doktorze, Wibracyjnym …

POLECAM WSZYSTKIM ZIMOWY WYPAD W BIESZCZADY, naprawdę warto tam być o tej porze roku !!!

Marta
                                                   Komentarze

19 Września 2019
Czwartek
Imieniny obchodzą:
Alfons, Alfonsyna,
January, Konstancja,
Sydonia, Teodor,
Więcemir
Do końca roku zostało 104 dni.
Grzybland Na Facebooku
Konkursy
Logowanie
Login

Hasło

Zapamiętaj mnie
Nie pamiętasz hasła?
Nie masz konta? Załóż je sobie
Kiedy na grzyby

showMoon()
Gościmy
Aktualnie jest 183 gości online